wtorek, 20 lutego 2018

Mój hit Lily Lolo – Boskie, błyszczące, naturalne błyszczyki do ust – Espresso Martini i Bellini – Makijaż cruelty free!

Błyszczyki Lily Lolo, to zdecydowanie moje kosmetyczne skarby, poznałam je już lata temu i do dziś uważam za jedne z najlepszych na rynku. Zachwycał mnie już błyszczyk w odcieniu Clear oraz cudny Scandalips, dziś poznajcie prawdziwe gwiazdy wśród błyszczyków!


Błyszczyki Lily Lolo, to piękny skład, genialny efekt nawilżenia i delikatny kolor. Oba te cudeńka mieszkały w pudełkach świątecznych Lily Lolo, zakupić je jednak można całkowicie osobno, oczywiście na Costasy, gdzie kusi ich gała gama kolorystyczna. Kosmetyki tej brytyjskiej marki, produkowane są wyłącznie z naturalnych i mineralnych składników, nie zawierają sztucznych aromatów, parabenów, nanoczasteczek, substancji konserwujących, mają przepiękne składy, są to kosmetyki free cruelty, oczywiście nie testowane na zwierzętach na żadnym etapie produkcji. Błyszczyki idealnie rozprowadzają się na moich ustach, mają niesamowicie przyjemną i lekką konsystencję, pielęgnują usta i nie kleją się. 


Naturalny błyszczyk do ust w odcieniu Espresso Martini, to słowem błyszczący ideał. Mocno połyskujący z drobinkami, u mnie do makijażu zarówno na co dzień i na każdą okazję, zobaczcie, jak pięknie prezentuje się na moich ustach. Błyszczyk daje niesamowite, błyszczące wykończenie i piękny, trójwymiarowy efekt na ustach, który można stopniować, od lekkiego odświeżenia ust, do mega błysku. Już po pierwszej warstwie usta są odżywione, wyglądają zdrowo, soczyście i naturalnie. Będzie też świetnym topem na inne, intensywne kolory szminek, doda im wspaniałego blasku i świeżości. 


Bellini, jest bardziej intensywnym błyszczykiem, niż Espresso Martini, daje on mega efekt przeuroczego błysku, jest odcień wpada w brzoskwinię, zobaczcie, jak wygląda na moich ustach. Błysk daje niesamowity, absolutnie przepiękny. Po jednej warstwie daje już wymarzony efekt, obok którego według mnie nie można przejść obojętnie. Bellini zamieszkał w mojej torebce.


Błyszczyki (4 ml), mają estetyczne, bardzo solidne i poręczne opakowania, na grzbiecie widzimy wygrawerowane logo Lily Lolo, na spodzie zaś nazwę koloru. Błyszczyki bez problemów odkręca się i dobrze zamyka. Praktyczny, idealnie długi aplikator jest świetnie wyprofilowany, mięciutki i delikatny dla ust. Kosmetyki dodatkowo zapakowano w tradycyjne kartoniki w biało-czarnych, firmowych odcieniach, z których zasięgnąć możemy informacji o produktach oraz poznać ich naturalny skład. W ich składzie znajdziemy tłoczony na zimno olej z nasion rącznika pospolitego, zwanym olejem rycynowym oraz wzmacniający delikatną skórę ust, olej jojoba, także dodatkowo spełniają funkcje nawilżające i odżywiające. Błyszczyki wzbogacono także o natłuszczający i wygładzający wosk pszczeli, wosk pozyskiwany z liści wilczomlecza, wosk z liści palmy kopernicji i witaminę młodości - witaminę E, które wygładzają oraz chronią usta, w składzie odnajdziemy także mikę, czyli mineralny składnik kosmetyku. 


Dodatkowym atutem błyszczyków Lily Lolo,  jest zawsze boski zapach słodkiej czekolady, który odczuwamy przy aplikacji. Jak wiecie, kocham Lily Lolo i zawsze z całego serca polecam te genialne w każdym calu kosmetyki, błyszczyki zaś zostały w mojej kosmetyczce, prawdziwymi, błyszczącymi gwiazdami! A Wy, lubicie połyskujące błyszczyki do ust? Znacie Lily Lolo? :)


poniedziałek, 19 lutego 2018

Premierowo na zdrowie! Zielona Seria Wydawnictwa Buchmann - Fern Green - Tylko białko roślinne, Tylko owsianki, Tylko zupy i Tylko kiszonki


Jesteś tym, co jesz! Mam nadzieję, że zwracacie uwagę na to, co ląduje na Waszym talerzu na co dzień, jakie ma wartości dla naszego organizmu, sprawdzacie jak powstaje jedzenie i skąd pochodzi, dziś zapraszam Was do spotkania z czterema genialnymi książkami z Zielonej serii Wydawnictwa Buchmann, która zdecydowanie skradła moje książkowo-kulinarne serducho! 


Premiera: 15 lutego 2018
Seria: Zielona
Wydawnictwo: Buchmann
Oprawa: miękka ze skrzydełkami


Jestem również szczęśliwą posiadaczką piątej książki z tejże, genialnej, Zielonej serii, zatytułowanej Tylko olej kokosowy, której autorką jest Jessica Oldfield, jej zaś poświęcę osobny wpis, bowiem olej kokosowy, to nieskończone dobro, któremu warto także zapewnić więcej miejsca. Dziś zaś niechaj zakrólują cztery, wspaniałe książki: Tylko białko roślinne, Tylko owsianki, Tylko zupy i Tylko kiszonki.


Seria jest naprawdę przepięknie wydana, w świetnym, nowoczesnym designie, któremu towarzyszą genialne zdjęcia, na okładkach kuszą nas pełne dobroci butelki i słoiki. Koniecznie zwróćcie uwagę na nie w księgarniach, bowiem już są dostępne! Poznajemy w nich dobrze, zarówno składniki, jak i przepisy z ich wykorzystaniem, wszystko jest podane w tak przystępny i praktyczny sposób, że każdy szybko odnajdzie się w świecie Zielonej serii i zacznie z nią eksperymenty w kuchni. Każda książka z powiedzeniem funkcjonuje oczywiście, jako osobna pozycja, lecz ja nie ukrywam, polecam skusić się od razu na wszystkie, by dopełnić swej, zdrowej, kulinarnej przygody.


Tylko białko roślinne
Jestem wegetarianką, zatem książka ta szczególnie jest mi bliska, bowiem korzystam na co dzień z białek roślinnych, ale po tę pozycję powinny zdecydowanie sięgnąć też osoby, będące na diecie tradycyjnej, by jak najczęściej zastępować mięso w swoim menu. Mamy tu aż 66 pysznych i pożywnych przepisów, bogatych w błonnik i przeciwutleniacze. Przy każdym z nich mam informację ile białka zawiera. Obiecuję Wam, ze każdego dnia można zastąpić mięso, zdecydowanie zdrowszymi i znacznie smaczniejszymi produktami, takimi jak ciecierzyca, fasola, soczewica, tofu, mamy tez mnóstwo inspiracji z ziarnami, tempehem, czy roślinami oleistymi. Książkę otwiera rozdział o wartościach i korzyściach, jakie dają nam białka roślinne, zachęca nas do własnego domowego hodowania kiełków, którymi ja bawię się od lat i kocham ich smak! Następnie mamy już poszczególne rozdziały. Przekąski i przystawki, to między innymi stek wegetariański, krokiety japońskie, falafel, sajgonki, czy zielona pizza! Królestwo smaków pojawia się także w rozdziale Zupy i sałatki: Zupa z kokosem i czerwoną soczewicą, bulion tajski, sałatka meksykańska, wyspiarska, czy orkiszowa, którą mam w planach zmajstrować w tym tygodniu. Dania główne przynoszą nam szaszłyki warzywne, curry warzywne, ratatouille, tarte z pomidorami, zielonego naleśnika, czy też stek sojowy! Brzmi smakowicie! Oczywiście są tu też desery. Łasuchów, do których nie ukrywam nalezę czekają gofry, ciasto czekoladowe, supermuffiny, kruche ciasteczka, czy też lekkie lody z gorzką czekoladą. Jestem zachwycona tą książką, nie wylądowała na półce, bowiem cały czas patrzę, co by wyczarować z nią w kuchni.


Tylko owsianki
Tu mamy aż 70 zdrowych i smakowitych przepisów na owsiankowe cuda na początek każdego dnia. Owsianki, to przede wszystkim dobra i zdrowa energia, ale także niezbędne składniki odżywcze, których nasz organizm potrzebuje. Książka zachwala zalety jedzenia płatków owsianych, kasz, ryżu, komosy, orkiszu i wszelakich zbóż. Trzy rodziały: Owsianka na ciepło, owsianka kremowa i owsianka na zimno, to prawdziwy raj dla podniebienia! Płatki owsiane z cynamonem i śliwką, malinami, awokado i konopiami, kasza jaglana z pieczoną figą, brązowy i czarny ryż z dodatkami, owsianka paleo, z marchwią i cynamonem, z granatem i gryką, z banenem i kakao, czy tez z mango i imbirem! Mmmm nie można obok takich przepisów przejść obojętnie, musicie je poznać!


Tylko zupy
Kocham zupy, mogłabym jeść je codziennie! Książka zatem trafiła w dziesiątkę moich upodobań. Dzięki zupom, możemy odtruć organizm, ułatwić trawienie i zafundować mi zdrowy detox. Jest tu 69 przepisów na odtruwające, wzmacniające organizm zupy. Zupki, podzielono na rozdziały: Tylko warzywa, gdzie znajdziemy zupy tylko z warzywami, takie jak zupa z marchwią, imbirem i tofu, zupa z kukurydzą i orzechem kokosowym, korzenna z selerem, z koprem włoskim, porem, brokułem, czosnkiem, czy nawet z pasternakiem i jabłkiem. Nie ukrywam, iż ślinka leci, gdy ogląda się zapełnione butle, pełne zupek z warzywami i zbożami: zupa ze szpinakiem i fasolą mung, z jarmużem, ciecierzycą i brązowym ryżem, to prawdziwa bajka! Kuszą tez kremy orzechowe! Obiecuję sobie wykonać zupę z kalafiorem i orzechami nerkowca, ale kusi też zupa z orzeszkami ziemnymi i krem zielony z jogurtem! Pożywne buliony, to bulion z trawą cytrynową, czy też bulion pomidorowy. Dzięki książce, będę w kuchni przygotowywała, jeszcze więcej i więcej zdrowych zupek! Przy każdym przepisie mamy właściwości, jakie zupa posiada, są to cenne i przydatne informacje!


Tylko kiszonki
Zostawiłam ją na koniec, ale jest to także jedna z cenniejszych w tej serii pozycji. Od dawna zbieram się, by rozpocząć głębsza przygodę z kiszeniem. Kiszonki są zdrowe i wzmacniają odporność. Mamy tu ponad 60 przepisów, które wykorzystują sfermentowane warzywa, prócz tego świetny poradnik, jak rozpocząć krok po kroku kiszenie, jakie metody wykorzystywać, jaki sprzęt i jak się dokładnie do tego przygotować. Fermentacja, to dobra zabawa w kuchni, która skutkuje zdrowymi produktami i nie myślcie, ze mamy tu tylko słynne ogórki, czy kapustę! Rozdział Z owoców i warzyw uczy, jak przygotować kiszonki z kapusty z cytryną, kimchi z rzodkwi diakon i kapusty, kabaczków, buraków, szpinaku, dyni, szalotki, czosnku, czy tez jabłek z cynamonem. Kiszonki z kefirem mlecznym, zaskakują totalnie, można nauczyć się, jak zrobić maślankę, ciastka z kefirem, czy po prostu jogurt. Kefir wodny, o którym pierwszy raz usłyszałam właśnie w tejże książce, jest połączeniem symbiotycznej kultury bakterii i drożdży z osłodzoną wodą. Tu witają nas przepisy, jak połączyć kefir wodny z melonem i bazylią, cydr z miętą, truskawkami i papają, ale też z marchwią i burakiem. Intrygował mnie też rozdział z kombuchą, czyli słynną, sfermentowaną herbatą. Napój ten robi obecnie taką furorę, że musicie spróbować ją wykonać. Książkę kończą przepisy o innych przetworach fermentowanych, takich jak ocet jabłkowy, zakwas, czy też fermentowane mleko migdałowe.


Wszystkie cztery książki, to dla mnie totalne bogactwo wiedzy i inspiracji, zachwycają mnie od a do z i cały czas są w mojej kuchni w ruchu, skłaniając do tworzenia zdrowych i smakowitych cudów. Koniecznie wypatrujcie też u mnie recenzji Tylko olej kokosowy, która już niebawem!


piątek, 16 lutego 2018

Córki latarnika - Jean E. Pendziwol – Magiczna, przepiękna i inteligentna powieść pełna emocji - Wydawnictwo Świat Książki

Nie ukrywam, że należę do czytelników, którzy urozmaicając swoje czytelnicze pasje, sięgają nieraz po książki nieoczywiste, ciekawe, nowatorskie, czasem nawet skrajnie kontrowersyjne. Dziś zapraszam Was na recenzję książki, która przyciągnęła mnie niczym magnez, wchłonęła jak ocean, nęcąc emocjami, spokojem i intrygującymi opiniami na jej temat, oto Córki latarnika, autorstwa Jean Pendziwol.


Premiera: 31 stycznia 2018
Wydawnictwo: Świat Książki
Tytuł oryginalny: The Lightkeeper's Daughters
Tłumaczenie: Jan Kraśko
Oprawa: okładka miękka ze skrzydełkami
Ilość stron: 336
 

Wybaczcie, ale nie mogę pominąć peanów na temat okładki książki. Wydawnictwo Świat Książki, tak pięknie wydało powieść Córki latarnika, że zapiera mi dech, cudowne niebieskości, granat, turkusy, rozgwieżdżone niebo i wyspa z rozświetloną latarnią, idealnie obrazuje nam klimat, oddech książki i na pewno zwróci Waszą uwagę na półkach księgarni, nie ukrywam, iż ja jestem nią nieustannie zauroczona. Jean Pendziwol, jako autorka gości u mnie po raz pierwszy, dotychczas bowiem, ta zdolna Kanadyjka, pisała książki dla dzieci, powieść Córki latarnika, jest zatem jej „dorosłym” debiutem, który już zyskał naprawdę wiele pozytywnych recenzji. Książka jest polecana miłośnikom sióstr Bronte i twórczości Jodi Picoult, jakie zatem ziarno zostawiła we mnie? 


Córki latarnika, podzielono na trzy części z posłowiem, na końcu książki, mamy przydatną listę nazw geograficznych przewijających się w powieści. Rozdziały oznaczone zawsze, wymiennie imieniem bohaterki, są króciutkie, zatem powieść czyta się niezwykle szybko i dynamicznie, nie mogąc się oderwać ani na chwilkę, magia bowiem emanująca z powieści naprawdę potrafi uwieść.


Drogę rozpoczynamy w iście malowniczych okolicznościach, leśne okolice i ścieżka do zatoki Middlebrun, strzec i wiekowy labrador, idą każdego ranka tą trasą od zawsze. Wspomnienia sprzed sześćdziesięciu lat, wciąż w nim żyją, pamięta ogień, łódź i Charliego Livingstone`a. To wszystko opowiada Arnie Richardson, następnie poznajemy już Morgan Fletcher, młodziutką, pełną energii, zdolną dziewczynę o charakternym wyglądzie, wychowankę rodzinnego domu zastępczego Laurie i Billa, która w ramach resocjalizacji, przez miesiąc, obyć ma karne prace społeczne w domu spokojnej starości. To tu właśnie Morgan poznaje Marty`ego, będącego sercem tego przybytku i jedną z mieszkanek domu - Elizabeth. Elizabeth Livingstone, która dzieciństwo spędziła mieszkając w latarni, w domu starców przebywa już trzy lata, wspominając siostrę bliźniaczkę Emily, opowiada nam, jakby nieco w sposób pamiętnikarski, o swoim życiu teraźniejszym, jak i o swej przeszłości. Krok po kroku wkraczamy w jej świat, dowiadujemy się, iż traci wzrok, nie może już podziwiać sztuki i czytać książek, a życie wypełniają chwile z herbatą, muzyka, ogród, wspomnienia i monotonia codzienności, którą przerywa wiadomość o rozbitej łodzi jej brata Charlesa w zatoce Middlebrun. 


Na pokładzie łodzi, stary Arnie Richardson znalazł dzienniki, które należały do jej świętej pamięci ojca, którym był Andrew Livingstone, latarnik z Wyspy Porfirowej. Elizabeth nie mogąc samej czytać myśli ojca, rozpoczyna głębszą znajomość z Morgan, niespodziewanie obie odkrywają, iż rodząca się przyjaźń, jest dla nich życiowym wybawieniem, a zarówno pamiętniki latarnika, jak i losy rodziny, są źródłem niesamowitych, jedynych w swym rodzaju sekretów i zagadek, bardzo ciekawie dynamizują też całą powieść. (…) ta lektura budzi od dawna uśpione wspomnienia. Nazwiska i nazwy miejsc. Wycinki życia. Moja przeszłość. Młodość. Mój dom. Okazuje się, iż Morgan i Elizabeth, łączy jeszcze coś!


Przyznam Wam, że jestem totalnie urzeczona magią i delikatnością tej książki, płynie się z nią tak lekko i tak szybko, czas nad nią spędzony, powoduje zarazem spokój, uśmiech, jak i specyficzną harmonię, której było mi tak potrzeba. Rodzinne więzy, czasem trudna miłość, praca, sztuka, wspomnienia, przyjaźń, wprost emanują z powieści Córki latarnika i przenoszą nas w zupełnie inny świat. Polecam Wam z całego serca tę książkę szczególnie, jeśli chcecie odpłynąć i oderwać się nieco od zimowego dnia codziennego w nieznane rejony Wyspy Porfirowej!


czwartek, 15 lutego 2018

Vianek - Wzmacniające serum do twarzy z ekstraktami z borówki, bzu czarnego i kasztanowca z fioletowej serii – Strzał w dziesiątkę!

Serum, to kosmetyk, który gości u mnie zawsze. Stoguję go zawsze przed aplikacją kremów, zarówno na dzień, jak i na noc. Serum, jest produktem skoncentrowanym, dającym naszej skórze bombę składników i działania.


W przypadku pielęgnacji mojej twarzy, bardzo skrupulatnie wybieram wyselekcjonowane przeze mnie kosmetyki naturalne, a jeśli zaglądacie do mnie częściej, wiecie, iż produkty Vianek służą mi, zatem bardzo często po nie sięgam. Wzmacniające serum do twarzy z ekstraktami z borówki, bzu czarnego i kasztanowca z fioletowej serii, bazuje na roślinnych, naturalnych składnikach z upraw ekologicznych, nie znajdziemy tu niepotrzebnych dodatków, barwników, silikonów, parabenów, jest to produkt nie testowany na zwierzętach. Serum, otrzymujemy w pięknej, smukłej buteleczce (15 ml), z praktyczną pompką typu airless, serum dozujemy bez problemu, higienicznie, dokładnie tyle ile potrzebujemy do jednorazowej aplikacji, jedna pompeczka starcza mi na twarz, gdy na noc, nakładam je na także szyję i dekolt, dwie pompki są wystarczające. Buteleczka ozdobiona jest typowym dla marki, przepięknym zdobnictwem zalipiańskim, tu w kolorze fioletu, który sugeruje przynależność do linii wzmacniającej. 


Stosuję je zarówno na dzień, jak i na noc, pod krem, doskonale współgra z innymi kosmetykami, nie roluje się i szybciutko wchłania. Świetnie nawilża, czuć to od razu po aplikacji, ze względu na jego delikatność, polecam je do cery wrażliwej, skłonnej do zaczerwienień, podrażnień, popękanych naczynek. Zawiera ekstrakty z owoców borówki brusznicy, nasion kasztanowca i kwiatów czarnego bzu, mamy tu też azeloglicynę w 3% stężeniu, która rozjaśnia uelastycznia skórę. W składzie znalazłam też olej ze słodkich migdałów oraz olej z nasion czarnej porzeczki. 


Serum ma aksamitną konsystencję w kolorze ecru, bardzo delikatną i lekką, świetnie rozprowadza się po mojej skórze, wchłania i nawilża, chroniąc i pielęgnując cerę. Bardzo polubiłam ten kosmetyk, jak wszystkie Viankowe produkty zachwyca składem, ale także efektami, słowem maluszek stał się przyjacielem mojej skóry i na pewno sięgnę po kolejne opakowanie. :)


wtorek, 13 lutego 2018

Maseczki do twarzy zwierzątka Animal Mask, żel Bobini, nowa szczotka do włosów i próbki kremów BB – Kosmetyki w mini recenzjach!


Dziś słoneczny, zimowy dzień! Zapraszam Was na moje mini recenzje z nowościami i ciekawostkami :)


Maseczki do twarzy w płacie zwierzątka – Purederm – Animal Masks
Oglądając Wasze buźki w tych koreańskich maseczkach, musiałam się nareszcie na nie skusić. Słynne już animal masks, skradły internety już dawno, dawno, wiec na mnie tez przyszedł czas, skusiłam się aż na cztery wersje, zawitały u mnie: rozjaśniająca lis, uspokajająca panda, odżywcza wydra i nawilżająca tygrys. Zwierzaczkowy wygląd tych masek, to ich zdecydowany atut, w domowym spa, wygląda się bosko. Są to maski w płacie, zatem wyjmując z opakowania, nakładamy płat na całą, oczyszczoną wcześniej twarz i relaksujemy się 20 minut. Po zdjęciu pozostaje esencja, którą wcieramy w skórę, wówczas szybko się wchłonie. Maski są jednorazowe, a każda z nich ma nieco inny, choć bardzo podobny skład. Lisek zawiera ekstrakt z kawy, z ostrokrzewu paragwajskiego, lotosu indyjskiego oraz witaminę C, ciekawy jest tu korzeń lukrecji. Panda, to ekstrakt z miodu, karmelii japońskiej, woda lawendowa, nasiona lnu i kukurydza, mamy tu tez kojący panthenol i allantoinę. Odżywcza wydra, zawiera witaminę E i wyciągi z aloesu i zielonej herbaty, jest tu też kolagen, czy ekstrakt z anyżu. Nawilżający tygrys, zawiera ekstrakt z opuncji figowej, soi, wodę oczarową, ciekawym składnikiem jest ekstrakt z grzybków, zwanych białą, drzewną meduzą, czyli trzęsak morszczynowaty. Składy są naprawdę interesujące, jednakże każda z nich zawiera alkohol, zatem uważajcie, jeśli macie cerę bardzo wrażliwą. Ja polubiłam je i pewnie kiedyś do nich wrócę.
Bobini Baby – Hipoalergiczny żel do mycia ciała i włosów
Żel kupiłam na szybkich zakupach jedzeniowych w markecie, kosztował około 8 zł w promocji. Butelka ma aż 400 ml i praktyczną pompkę. Jest to kosmetyk pielęgnacyjny dla niemowląt i dzieci, lecz ja bardzo lubię tego typu, łagodniejsze kosmetyki stosować w mojej pielęgnacji, bowiem mam skórę skorą coraz częściej do podrażnień. Żel nie zawiera barwinków, silikonów, parabenów, nie ma tu parafiny, PEGów i SLSów. Mamy tu emolienty, ekstrakt z owsa, polisacharyd. Kosmetyk nie wysusza mojej skóry i ładnie oczyszcza ciało, używam go w kąpieli, do tego ma przyjemny, bardzo delikatny zapach, typowy dla kosmetyków dziecięcych.
Drewniana szczotka do włosów Inter-Vion
Włosy po umyciu, gdy są mokre rozczesuję już bardzo długi czas szczotką Tangle Teezer, suche zaś na co dzień, czeszę tradycyjnymi szczotkami. Niedawno nabyłam nową, drewnianą szczotkę. Kosztowała około 15 zł i mam nadzieję, że posłuży mi długo. Jest w miarę lekka, dobrze trzyma się ją w ręku, igiełki są elastyczne i dobrze rozczesują, nie placząc włosów. Spisuje się słowem bardzo dobrze.
Próbki kremów BB
Moim numerem jeden w świecie kremów BB, jest krem Lily Lolo w odcieniu Fair, najjaśniejszym. Przy jego końcówce, postanowiłam spróbować słynnych BB azjatyckich i skusić się na coś nowego. Mam próbki Lioele Dollish Veil Vita BB SPF25 PA++ fioletowy Gorgeous Purple, It's Skin Babyface BB Cream Moisture i Lioele Triple The Solution BB Cream SPF30 PA++. Jak na razie podobają mi te wszystkie trzy i nie wiem, czy będę szukała dalej, czy wybiorę któryś z nich, może Wy znacie je i polecicie coś w tym temacie? :)


poniedziałek, 12 lutego 2018

Vianek – Trzy genialne kremy do twarzy! Wzmacniający krem na dzień (owoce borówki) i na noc (kasztanowiec) z serii fioletowej oraz łagodzący na noc z serii różowej z ekstraktem z ostrożenia!

Jak wiecie, od lat przy pielęgnacji mojej twarzy stosuję bardzo skrupulatnie wyselekcjonowane przeze mnie kosmetyki naturalne. Pielęgnacja ta, jest dla mnie bardzo ważna, dokładnie wybieram w tym wypadku produkty najwyższej jakości. Moja cera 30+, mieszana w kierunku suchej, uwielbia kosmetyki Vianek, dziś u mnie aż trzy, genialne kremy tej polskiej marki, dziecka Sylveco, które nieustannie mnie zaskakuje i wprowadza kolejne nowości.


Kosmetyki Vianek, zawsze mają naturalne składy, bazujące na składnikach pochodzenia naturalnego z ekologicznych upraw, nie są oczywiście testowane na zwierzętach i zawierają naturalne komponenty. Każdy z kremów, otrzymujemy w poręcznej, smukłej buteleczce (50 ml), z praktycznym dozownikiem - pompką typu airless, która jest zdecydowanie najlepszym rozwiązaniem w przypadku kosmetyków codziennego użytku, krem wydobywamy bez problemu, higienicznie, dokładnie tyle ile potrzebujemy do jednorazowej aplikacji. Buteleczki ozdobiono zalipiańskim zdobnictwem w odcieniach charakterystycznych dla danej serii, kremy dodatkowo zapakowano także w kartoniki, na których widnieją informacje na temat kremu i jego właściwości i skład kosmetyku.   
 

Bazuje on na oleju z pestek winogron i oleju ze słodkich migdałów, jest tu także olej z nasion czarnej porzeczki i ekstrakty z borówki brusznicy. Ten krem, polecam cerze wrażliwej, skłonnej do zaczerwienień i pękających naczynek, bowiem zielony pigment i zawarty tu także tlenek cynku, maskują dodatkowo owe niedoskonałości. Kremik jest doskonały pod makijaż, nie obciąża skóry i ładnie się wchłania.


Treściwszy niż brat, kremik nocny, zawiera olej ze słodkich migdałów, roślinny skwalan, ekstrakt z nasion kasztanowca zwyczajnego, jest tu także olej z nasion czarnej porzeczki, ale tez łagodzący panthenol, czy alatoina. Azeloglicyna, łączy tu własności kwasu azelainowego i glicyny, niwelując zaczerwienienia i rumień. Świetnie odżywia nocą, by rankiem skóra była gotowa na nowy dzień.
 

Ideał do wrażliwej, skłonnej do podrażnień cery, cudownie nawilża, łagodzi i do tego pięknie pachnie. Mamy tu w składzie olej z pestek winogron, olej słonecznikowy, kokosowy, olejek cytrynowy, kojący panthenol, ale ważny jest ekstrakt z ostrożenia głowacza, bardzo ciekawej roślinki. Skóra rano, po użyciu kremu na noc, jest nawilżona, miękka i gładka, składniki wzmacniają, łagodzą, nadają skórze głębokiego nawilżenia, działają przeciwzapalnie, antybakteryjnie. Baaardzo polubiłam się z nim i na pewno skusze się na kolejne opakowanie!


Kremy Vianka mają aksamitną konsystencję, świetnie rozprowadzają się po skórze, wchłaniają i działają na moją cerę. Od lat je polecam i jestem nim wierna, jeśli ich jeszcze nie znacie, musicie nadrobić.
Jaki krem ostatnio zachwycił Was? :)